Zagłębie Lubin - GKS Katowice (2:1)
GieKSa chciała odbić się po wstydliwej porażce z Piastem, zaś Zagłębie musiało przerwać serię meczów bez zwycięstwa, do tego w meczu uświetniającym 80-lecie klubu. Nic dziwnego, że gospodarze wyglądali na bardziej zmotywowanych i już w 6. minucie Michał Nalepa po wrzucie z autu główkował tuż obok słupka.
Zdecydowanie więcej pokazywali Miedziowi w strojach retro, ale przez 20 minut nie zbliżyli się nawet do sprawdzenia formy Kobylaka. W ofensywie oglądaliśmy więc jednokierunkowy, lecz i niezbyt emocjonujący mecz. Zagłębie nie mogło należycie uczcić jubileuszu i zdecydowanie efektowniej wypadła ogromna oprawa kibiców.
Gdy sektorówka przestała zasłaniać fanom widok, goście zaczęli dochodzić do głosu. Szkuryn w 28. minucie zmusił Alomerovicia do interwencji nogami, oddając pierwszy celny strzał spotkania. To był wyjątek potwierdzający regułę, którą stanowiły kolejne próby Lubinian.
W 34. minucie powinno być 1:0, gdy Kocaba po rzucie rożnym dostał piłkę na ostatnich metrach przed bramką, ale posłał ją nad poprzeczką. Gospodarze wyglądali na bardzo sfrustrowanych brakiem skuteczności, ale otworzyli wynik jeszcze przed przerwą. W 42. minucie Nowogoński dostał piłkę z prawej od Corluki i z pierwszej pokonał Kobylaka.
Gol wychowanka w meczu jubileuszowym brzmiał dobrze, ale 1:0 to wynik oznaczający nerwy do końca. Dlatego w pierwszych sekundach drugiej połowy Reguła po wrzucie z autu uderzał świetnie, uzyskując jedynie róg. Minutę później Nowogoński ruszył sam lewą flanką, zgubił Czerwińskiego i z ostrego kąta testował Kobylaka.
Niezmiennie trudno było wskazać pozytywy po stronie Katowic, gdzie brak Borjy Sainza był boleśnie widoczny, a wejście Łukasiaka nie dodało animuszu. Głównym problemem Zagłębia był fakt, że kilka minut po swojej najlepszej okazji z kontuzją musiał zejść Filip Szymczak.
Przewaga Lubina powinna zostać potwierdzona w 72. minucie, gdy Kosidis przeciął podaniem defensywę i wypuścił Jakuba Sypka. Ten zmarnował okazję, co mogło odbić się czkawką. W 76. minucie Wędrychowski po dograniu Nowaka uderzał celnie, ale Alomerović bronił. Coraz śmielsza gra GieKSy musiała napotkać odpowiedź miejscowych i tak się stało: w 78. minucie Orlikowski świetnie dograł po ziemi do Kosidisa, który przeciął lot piłki i nie dał Kobylakowi szansy zatrzymania niskiego strzału.
Choć był jeszcze czas na odpowiedź gości, to kompletnie nic nie zwiastowało, że GieKSa do skutecznego zagrożenia Zagłębiu jest zdolna. Tym większą niespodzianką była sytuacja z doliczonych minut, gdy Roman Jakuba faulował w polu karnym i w 90+4. minucie Arkadiusz Jędrych wsunął piłkę pod samym słupkiem, pokonując Alomerovicia.

Górnik Zabrze - Lech Poznań (2:1)
Nawet na boisku rywala Lech Poznań był traktowany jak faworyt do zwycięstwa przy Roosevelta. Starcie wicemistrza z mistrzem zaczęło się od optycznej przewagi Górnika, jednak to Lech potwierdził jakość, oddając celny strzał w pierwszym kwadransie. Próba Allahyara Sayyadmanesha pod poprzeczkę mogła dać gola, gdyby nie czujny Schulze.
Choć to Górnik rozgrywał, z piłką wydawał się grać mniej komfortowo niż Lech bez niej – Poznaniacy czujnie niweczyli wysiłki gospodarzy. Przez to jedyna celna próba Trójkolorowych miała miejsce w 27. minucie, gdy Maksym Chłań bezpośrednio z wolnego sprawdził Mateusza Lisa. Kilka minut później fani wstrzymali oddech przy główce Janickiego po wrzutce Bernardo, tyle że uderzył nad bramką.
Kolejorz wyczekał na swoją okazję do 36. minuty. Patrik Walemark wrzucił piłkę przed bramkę w poszukiwaniu Ishaka, a Schulze piąstkował na tyle krótko, że do główki doszedł Sayyadmanesh. Irańczyk błyskawicznie przelobował golkipera gospodarzy, a do bramki wpadło też trzech zawodników miejscowych, którzy usiłowali zatrzymać piłkę na linii.
Druga połowa rozpoczęła się od walki bardziej fizycznej niż sportowej, a Wojciech Myć miał problem z okiełznaniem zawodników. Lech szukał w tej nerwowej atmosferze drugiego ciosu, gdy Walemark posłał piłkę wzdłuż linii bramkowej i konieczne było wybicie, by nie dać Sayyadmaneshowi dubletu.
Stopniowo impet złapali jednak miejscowi po zmianach Gasparika w ofensywie. Właśnie zmiennicy w 64. minucie stworzyli najlepszą okazję Zabrzan. Ikia Dimi ruszył otwartą prawą stroną, odpowiednio domierzył i zmieścił niskie podanie do Sondre Lisetha między obrońcami. Norweg uderzył z pierwszej, lecz Lis był na posterunku.
Choć Górnik utrzymywał inicjatywę, to doping wydawał się lekko słabnąć po wejściu w ostatni kwadrans. Ożywił go trzeci zmiennik: Erik Prekop w końcu zdobył gola w Ekstraklasie. Wygrał pozycję z obrońcą i ustawił się świetnie do wrzutki Urbańskiego, nie dając cienia szansy Lisowi. Pięć minut później miał już dublet na koncie, gdy rozegranie rogu przyniosło wrzutkę Janzy na głowę Słowaka.
Odwrócenie ról na 10 minut przed końcem postawiło Lecha w arcytrudnej sytuacji. Kontrola nad meczem okazała się pozorna i trzeba było gonić. Michał Gurgul mógł wyrównać rachunki w 87. minucie, jednak z dobrego podania ustrzelił tylko piłkochwyt. Cztery doliczone minuty nie dały efektu i Ekstraklasa ma nowego lidera!

Śląsk Wrocław - Korona Kielce (1:2)
Nad występem Śląska bez kapitana Piotra Samca-Talara wisiał ogromny znak zapytania, który starali się usunąć gospodarze pierwszymi próbami. W 5. minucie Marjanac zdołał uderzyć wprost w Dziekońskiego, były też wrzutki, za to nie było jakości ani dynamiki, które sprawiłyby solidnie grającym gościom większe problemy.
Znacznie groźniej było pod bramką Śląska, gdzie w 18. minucie Niemczycki zatrzymał Mariusza Stępińskiego po dograniu Długosza. Dość żwawe 20 minut nie dało gola, a później tempo dodatkowo spadło. Dopiero w 34. minucie Karol Linetty – debiutujący z opaską kapitańską – wygrał przebitkę i udało się zawiązać atak zwieńczony wrzutką Tomasiewicza. I tylko wrzutką, bo nikt do niej nie doszedł.
To zemściło się okrutnie selundy później – kolejna wrzutka Długosza skończyła się zbyt krótkim wybiciem Lamine’a Ba pod nogi Mariusza Stępińskiego. Ten uderzył na tyle pechowo dla rywali, że i Ba, i Macenko zaliczyli rykoszety, które kompletnie zmyliły Niemczyckiego i piłka wturlała się za linię.
Ten gol był niezłym podsumowaniem połowy, w której żadna drużyna nie pokazała pełni potencjału, ale Korona była lepsza o gola. Tylko jednego, bo z optymistycznej próby Hellebranda w 43. minucie (z ponad 30 metrów) wyszła jedynie nerwowa interwencja bramkarza. Dwie zmiany Ante Simundzy już w przerwie przyniosły ożywienie w grze WKS-u, za to nie przyniosły efektów.
Po 10 minutach drugiej odsłony Korona była o włos od podwojenia przewagi. W 55. minucie Remacle pięknym rogalem zmusił Niemczyckiego do nie brzydszej parady, a moment później piłka była w siatce po strzale Michaela Ameyawa. VAR przyznał jednak rację Śląskowi – dogrywający Stępiński faulował Timossiego.
Dopiero w 64. minucie Wrocławianie poważnie sprawdzili Xaviera Dziekońskiego, gdy Eniss Shabani dostrzegł światło bramki, a golkiper z bliska zatrzymał go ciałem. Przewaga Śląska przerodziła się wręcz w dominację, jednak Korona Zielińskiego jest znana z wyrachowanego trwania w takich okresach, by wyprowadzić decydujący cios.
W 78. minucie miał go „na nodze” Morgan Fassbender, ale z paru metrów zatrzymał go efektownie Niemczycki. To zostawiło Śląskowi szansę na odwet i udało się już minutę później. Po wrzucie z autu świetnie przedarł się z lewej flanki Adam Ciućka, a Malaly Dembele dyskretnym trąceniem zmieścił piłkę nad ramieniem zaskoczonego Dziekońskiego.
Ostatnie 10 minut upłynęło więc w wielkich emocjach, a Przemysław Banaszak był o włos od dopełnienia powrotu, gdy doskoczył do główki w 84. minucie. Niestety, nie trafił w bramkę. Cztery minuty później Ciućka aż dwukrotnie sprawdzał bramkarza gości, ale ostatnie słowo należało do Kielczan w 90+3. minucie. Kamil Jakubczyk koncertowo wszedł w pole karne i spod linii końcowej wycofał, by dać Simonowi Gustafsonowi debiutanckiego gola w Ekstraklasie!

