Wisła Kraków - Raków Częstochowa (2:1)
Przed tygodniem Raków wygrał w Krakowie, ale stracił trenera. Tym razem ze starym-nowym Dawidem Szwargą przyjechał mierzyć się z Wisłą, która u siebie nie straciła choćby punktu w tym sezonie. Niewiele brakowało, a Krakowianie mieliby prowadzenie już po dwóch minutach, gdy Angel Rodado dostał doskonałą piłkę na wprost bramki. Przyjął klatką piersiową, ale uderzył zbyt centralnie i Trelowski wybił stopą.
Biała Gwiazda naciskała dalej i w 7. minucie Julius Ertlthaler z dystansu sprawdzał refleks Trelowskiego. Zresztą, Austriak dwukrotnie uderzał celnie w tym fragmencie. Golkiper mógł czuć się zagrożony, tym bardziej że minutę później sędzia Tomasz Kwiatkowski przyznał Wiśle rzut karny. Stadion już czekał na otwarcie wyniku, gdy arbiter ruszył do ekranu i uznał, że Bogdan Racovitan nie popełnił przewinienia na jedenastkę – piłka obiła go w plecy, nie rękę.
Choć w nieco szczęśliwych okolicznościach, Raków przetrwał najtrudniejszy moment i po kwadransie doszedł do swojej pierwszej okazji. Tomasz Pieńko został zablokowany, a z upływem 20. minuty kąśliwego uderzenia po przekątnej pola karnego próbował Frederico Duarte, zatrzymany przez bramkarza.
Kolejne okazje Wisły były marnowane, ale z drugiej strony wydawały się przychodzić zaskakująco łatwo. Po stracie gospodarze reagowali natychmiast i często już na połowie Rakowa odzyskiwali kontrolę. Choć nieliczne próby ataku Rakowa nie dawały efektu, to przynajmniej 30 minut gry upłynęło gościom pod znakiem spokoju przed własną bramką. Tam miejscowi również nie mieli kolejnych okazji.
Wisła objęła prowadzenie, ale musiała walczyć do końca
Zmuszone do ataku pozycyjnego w ostatniej fazie przed przerwą, obie drużyny bardziej usypiały widzów niż dawały powody do optymizmu. Wiślacy nie szukali równie agresywnego otwarcia po przerwie, a mimo to udało im się doprowadzić do kluczowej sytuacji po kilku minutach. Diaby-Fadiga próbował wyprowadzić kontrę, ale stracił piłkę na swojej połowie, Lelieveld natychmiast dostrzegł wychodzącego Ertlthalera i ten przed bramką błysnął, oddając potężny strzał na 1:0.
To wreszcie zmusiło Raków do bardziej otwartej gry i Medaliki mogły już w 59. minucie wyrównać. Makuch zgrywał głową przed bramkę, a tam Emreli uderzył wprost w rękawice Łubika. Od tego momentu nacisk gości zaczął rosnąć i utrata kontroli kosztowała Wisłę ogrom nerwów w 72. minucie.
Po rzucie rożnym Koczerhina piłka spadła w gąszcz przed bramką, gdzie Lamine Diaby-Fadiga dopchnął ją za linię przy bezradnym Łubiku. Gdy piłka była już gotowa do wznowienia gry, rozpoczęło się prawie 5 minut analizy VAR, po której ostatecznie bramkę cofnięto – strzelec spalił.
Goście zareagowali sportową złością i w 80. minucie znów konieczna była weryfikacja – Diaby-Fadiga padł po kontakcie z wprowadzonym chwilę wcześniej Messeguerem i wizyta przed monitorem skończyła się rzutem karnym. Poszkodowany w końcu doczekał się gola, lekkim strzałem pod prawy słupek pokonując Łubika.
Impet był wyraźnie po stronie gości, którzy mieli końcówkę i dziewięć doliczonych minut, by zadać Wiśle pierwszą porażkę w sezonie. Dodany do meczu czas dostarczył kilku zrywów po obu stronach boiska i to Wisła zadała ostatni cios w ostatnich doliczonych sekundach. Ertlthaler wrzucił piłkę z wolnego, ta przed bramką znalazła Kacpra Dudę, który podbił ją, złożył się do strzału i huknął tuż przed gwizdkiem! Szósty mecz u siebie i szósta wygrana Białej Gwiazdy przy Reymonta.

Pogoń Szczecin - Radomiak Radom (4:3)
Pogoń przystępowała do spotkania z szansą na odniesienie piątego ligowego zwycięstwa z rzędu. Ostatni raz szczecinianie mogli pochwalić się taką serią na przełomie 2020 i 2021 roku. Radomiak znajdował się natomiast w zupełnie innej sytuacji, mając za sobą cztery kolejne porażki.
Początek meczu należał jednak do przyjezdnych. Już w 3. minucie Steve Kingue miał okazję po rzucie rożnym, ale nie zdołał skierować piłki do siatki. Chwilę później Jan Grzesik próbował wykorzystać nieudane wybicie Valentina Cojocaru, jednak jego strzał okazał się zbyt słaby.
W 8. minucie Benjamin Mendy spóźnił się z interwencją i sfaulował Grzesika w polu karnym. Sędzia Bartosz Frankowski bez wahania wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Roberto Alves, który spokojnie zmylił Cojocaru i płaskim strzałem wyprowadził Radomiaka na prowadzenie.
Portowcy potrzebowali kilku minut, aby otrząsnąć się po stracie bramki. W 17. minucie Maciej Wojciechowski posłał długie podanie w kierunku Darko Churlinova. Macedończyk skierował piłkę w stronę przeciwnika, ale defensor Radomiaka pogubił się przy próbie interwencji. Z prezentu skorzystał Dimitris Keramitsis, który dopadł do futbolówki i doprowadził do wyrównania.
Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. W 25. minucie Christos Donis znalazł się w odpowiednim miejscu przed polem karnym i bez zastanowienia uderzył piłkę z powietrza. Precyzyjny strzał w narożnik bramki zaskoczył spóźnionego Cojocaru, a Radomiak ponownie objął prowadzenie.
Pogoń próbowała odpowiedzieć, ale długo brakowało jej skuteczności. Swojej szansy szukał jeszcze Keramitsis, jednak tym razem uderzył niecelnie. Goście sprawiali wrażenie zespołu, który kontroluje wydarzenia na boisku i jest bliski zejścia do szatni z korzystnym wynikiem.
W doliczonym czasie pierwszej połowy szczecinianie przeprowadzili jednak kolejny skuteczny atak. Po serii dośrodkowań w pole karne Alessandro Riccio znalazł się najbliżej piłki i z niewielkiej odległości wepchnął ją do siatki, ustalając wynik pierwszej połowy.
Grosicki wszedł na boisko i odmienił losy spotkania
Po przerwie na murawie pojawił się Kamil Grosicki i niemal natychmiast pokazał, jak wiele znaczy dla Pogoni. Kapitan Portowców potrzebował zaledwie kilku minut, aby wpisać się na listę strzelców.
W 49. minucie Paul Mukairu dograł do Grosickiego, który zdecydował się na uderzenie zza pola karnego. Filip Majchrowicz próbował interweniować, ale piłka po jego dłoniach wpadła do siatki.
Szczecinianie nie zamierzali zwalniać tempa. Już sześć minut później Grosicki ponownie znalazł sposób na pokonanie bramkarza Radomiaka. Tym razem oddał strzał, a następnie wykorzystał odbitą piłkę i skutecznie dobił własną próbę. Defensorzy gości zachowali się zbyt biernie, pozwalając kapitanowi gospodarzy na zdobycie drugiej bramki.
Dwa trafienia Grosickiego w ciągu sześciu minut całkowicie odmieniły sytuację na boisku. Pogoń, która dwukrotnie przegrywała w pierwszej połowie, prowadziła już 4:2 i mogła skoncentrować się na kontrolowaniu przebiegu spotkania.
Radomiak nie zamierzał jednak rezygnować. Przyjezdni starali się odzyskać inicjatywę, ale szczecinianie skutecznie odpierali ich ataki. W 71. minucie bliski podwyższenia prowadzenia był jeszcze Attila Szalai, którego uderzenie po dośrodkowaniu zostało zablokowane.
W 74. minucie goście wykorzystali jednak błąd Pogoni w środkowej strefie boiska. Radomiak przeprowadził szybki atak, a Fernand Goure dograł do Jana Grzesika. Ten z bliskiej odległości pokonał Cojocaru i zdobył bramkę kontaktową na 3:4. Spotkanie ponownie nabrało rumieńców, a ostatni kwadrans zapowiadał ogromne emocje.
Nieuznany gol, awantura i czerwona kartka w końcówce
Po zdobyciu trzeciej bramki Radomiak coraz odważniej atakował. Goście częściej utrzymywali się przy piłce i szukali możliwości przedostania się w okolice pola karnego Pogoni. Szczecinianie zostali zepchnięci do defensywy, a Valentin Cojocaru musiał zachować czujność przy kolejnych dośrodkowaniach.
W 85. minucie doszło do sytuacji, która wywołała ogromne zamieszanie. Radomiak rozegrał akcję prawą stroną boiska, Roberto Alves uruchomił Fernanda Goure, a ten mocnym uderzeniem pokonał Cojocaru. Początkowo wydawało się, że goście doprowadzili do wyrównania 4:4.
Na boisku natychmiast wybuchła jednak awantura, a sędzia Bartosz Frankowski musiał zapanować nad emocjami zawodników. Po analizie sytuacji bramka Goure nie została uznana z powodu faulu popełnionego przed oddaniem strzału.
Na tym kontrowersje się nie skończyły. W 90. minucie czerwoną kartkę za faul na Dimitrisie Keramitsisie otrzymał Ibrahima Camara, przez co Radomiak musiał kończyć spotkanie w osłabieniu.
Z powodu licznych przerw, urazów i przepychanek sędzia doliczył do drugiej połowy aż 19 minut. Mimo ogromnych emocji i nerwowej końcówki Pogoń utrzymała prowadzenie i ostatecznie pokonała Radomiaka 4:3, odnosząc piąte ligowe zwycięstwo z rzędu. Bohaterem gospodarzy został nie kto inny, jak stary, ale jary – parafrazując klasyka – Kamil Grosicki, który wszedł na boisko po przerwie i dwoma trafieniami odmienił losy spotkania.

Korona Kielce - GKS Katowice (1:0)
Gospodarze od pierwszych minut starali się narzucić rywalom swoje warunki. Już w 4. minucie Michael Ameyaw zdecydował się na mocne uderzenie z dystansu, zmuszając Gabriela Kobylaka do interwencji i przeniesienia piłki nad poprzeczką. Korona utrzymywała inicjatywę, a kolejne zagrożenie stwarzały dośrodkowania Wiktora Długosza.
W 8. minucie Mariusz Stępiński oddał strzał głową, ale nie sprawił większych problemów bramkarzowi GKS-u. Chwilę później napastnik ponownie próbował wykorzystać dogranie Długosza, jednak tym razem nie trafił w światło bramki. Swoich sił próbował również Martin Remacle, którego uderzenie z powietrza okazało się niecelne.
Kielczanie stopniowo zyskiwali przewagę, choć brakowało im skuteczności w decydujących momentach. GKS miał problemy z konstruowaniem akcji ofensywnych i przez długi czas ograniczał się do pojedynczych prób. W 28. minucie Borja Galan uderzył daleko od bramki, a chwilę później Kacper Łukasiak oddał celny, lecz niezbyt wymagający strzał.
Najważniejszy moment pierwszej połowy nastąpił w 36. minucie. Wiktor Długosz powalił Lukasa Klemenza w polu karnym, a sędzia Patryk Gryckiewicz wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Bartosz Nowak, który stanął przed znakomitą szansą na wyprowadzenie GKS-u na prowadzenie.
Pomocnik katowiczan uderzył w lewą stronę bramki, ale Xavier Dziekoński popisał się kapitalną interwencją i obronił rzut karny. Bramkarz Korony uratował swój zespół przed stratą gola, a Nowak mógł jedynie żałować zmarnowanej okazji.
Niewykorzystana jedenastka dodała gospodarzom energii. W 42. minucie Gabriel Kobylak zatrzymał strzał głową Mariusza Stępińskiego, a dobitkę Kamila Jakubczyka zablokował Lukas Klemenz. Chwilę później bramkarza GKS-u sprawdził również Slobodan Rubezić.
Mimo kilku dobrych okazji po obu stronach pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem.
Camilo Mena przełamał impas. Korona wyszła na prowadzenie
Po zmianie stron obie drużyny długo nie potrafiły stworzyć dogodnych sytuacji. W 49. minucie Alan Czerwiński oddał niecelny strzał, a kolejne próby konstruowania akcji często kończyły się na spalonych. Szczególnie Michael Ameyaw kilkukrotnie dał się złapać na pułapkę ofsajdową.
W 58. minucie kibice Korony domagali się rzutu karnego po upadku Camilo Meny w starciu z Borją Galanem. Sytuację przeanalizowali sędziowie VAR, jednak ostatecznie nie dopatrzono się podstaw do podyktowania jedenastki.
Druga połowa długo nie porywała tempem, ale z upływem minut gospodarze zaczęli coraz odważniej atakować. W 68. minucie Mena był bliski znalezienia się w dogodnej sytuacji, jednak skutecznie interweniował Marcin Wasielewski.
Dwie minuty później Kolumbijczyk dopiął swego. Wiktor Długosz uruchomił Camilo Menę, który wpadł w pole karne, zszedł do środka i precyzyjnym strzałem w kierunku dalszego słupka pokonał Gabriela Kobylaka. Gospodarze objęli prowadzenie 1:0, a po krótkiej analizie sędziowie potwierdzili prawidłowość trafienia, nie dopatrując się spalonego.
GKS szukał wyrównania. Korona utrzymała zwycięstwo
Stracona bramka zmusiła katowiczan do odważniejszej gry, jednak podopieczni Rafała Góraka nadal mieli duże problemy ze stworzeniem klarownych okazji. Korona umiejętnie ograniczała przestrzeń rywalom i starała się wykorzystywać nadarzające się okazje do kontrataków.
W końcowym fragmencie gospodarze mogli jeszcze podwyższyć prowadzenie. W 85. minucie po rzucie rożnym doszło do sporego zamieszania w polu karnym GKS-u. Gabriel Kobylak zatrzymał próbę Wiktora Długosza, a chwilę później Morgan Fassbender nie zdołał skierować piłki do siatki.
Katowiczanie próbowali jeszcze odwrócić losy spotkania, ale brakowało im dokładności i pomysłu na sforsowanie defensywy gospodarzy. Korona nie pozwoliła rywalom na doprowadzenie do wyrównania i utrzymała minimalne prowadzenie do ostatniego gwizdka.

Piast Gliwice - Cracovia (3:1)
Gliwiczanie od początku narzucili rywalom swoje warunki. Już w 3. minucie Jakub Lewicki znalazł się w dogodnej sytuacji, ale jego strzał obronił Sebastian Madejski. Gospodarze nie zamierzali zwalniać tempa i szybko dopięli swego.
W 7. minucie Piast wywalczył rzut rożny, który zakończył się otwarciem wyniku. Quentin Boisgard dośrodkował w pole karne, a Jakub Czerwiński skutecznym uderzeniem głową pokonał Madejskiego.
Piast nadal prezentował się zdecydowanie lepiej. W 13. minucie Samuel Ntamack spróbował szczęścia zza pola karnego, ale jego uderzenie zostało zablokowane. Krakowianie mieli problemy z organizacją gry i długo nie potrafili stworzyć zagrożenia pod bramką Domena Grila.
Dopiero w 21. minucie goście wypracowali sobie znakomitą okazję. Lasse Nordas znalazł się w dogodnej pozycji blisko bramki, ale fatalnie spudłował, marnując szansę na wyrównanie.
Niewykorzystana sytuacja szybko się zemściła. W 25. minucie Hugo Vallejo urwał się obrońcom na lewej stronie, zszedł do środka i wymienił podania ze Szczepanem Muchą. Następnie oddał płaski strzał, którym zaskoczył Madejskiego.
Gospodarze nie zamierzali na tym poprzestać. Chwilę później Leandro Sanca poradził sobie z Gustavem Henrikssonem, ale nie zdołał celnie uderzyć. Cracovia próbowała odpowiedzieć, jednak strzał Martina Minczewa w 35. minucie nie sprawił większych problemów Grilowi.
Do przerwy wynik nie uległ zmianie i Piast schodził do szatni z zasłużonym dwubramkowym prowadzeniem.
Cracovia wróciła do gry po trafieniu Knapa
Drugą połowę od groźniejszej akcji rozpoczęli gospodarze. W 50. minucie Leandro Sanca oddał strzał, z którym Sebastian Madejski poradził sobie dopiero na raty.
Na boisku zaczęło robić się coraz bardziej nerwowo. W 55. minucie doszło do starcia Mateusza Klicha z Jakubem Lewickim, po którym sędziowie analizowali możliwość pokazania czerwonej kartki. Ostatecznie były reprezentant Polski został ukarany jedynie żółtym kartonikiem.
Cracovia nie zamierzała jednak rezygnować z walki o punkty. W 62. minucie krakowianie przeprowadzili skuteczną akcję prawą stroną boiska. Otar Kakabadze dośrodkował w pole karne, a Karol Knap znakomicie nabiegł na piłkę i uderzeniem bez przyjęcia pokonał Domena Grila.
Gol wyraźnie ożywił Cracovię, która zaczęła częściej atakować i szukać wyrównania. Piast musiał skoncentrować się na defensywie, choć nadal próbował wykorzystywać przestrzenie pozostawiane przez rywali.
Cracovia naciskała, ale Piast utrzymał prowadzenie
W 70. minucie Amir Al-Ammari zdecydował się na uderzenie z dystansu, jednak zabrakło mu dokładności. Krakowianie coraz mocniej angażowali się w ofensywę, ale Gliwiczanie również szukali okazji do rozstrzygnięcia spotkania. W 80. minucie Ivan Lima i Leandro Sanca wymienili podania, ale akcja nie zakończyła się skutecznym uderzeniem.
Ostatnie słowo należało jednak do Piasta. W czwartej minucie doliczonego czasu gry piłkarze Cracovii fatalnie pogubili się we własnym polu karnym. Goście kilkukrotnie odbijali piłkę między sobą, aż ta trafiła pod nogi doskonale ustawionego Andreasa Katsantonisa. Rezerwowy gospodarzy bezlitośnie wykorzystał prezent od rywali i ustalił wynik spotkania na 3:1.

