Mathew Ryan ekskluzywnie: O Levante, czasie w Brighton i współpracy z Artetą w Arsenalu

Mathew Ryan w akcji dla Arsenalu
Mathew Ryan w akcji dla ArsenaluCatherine Ivill / POOL / AFP / Profimedia

Doświadczony bramkarz Mathew Ryan przez lata występował zarówno w Premier League, jak i LaLiga. W rozmowie z Flashscore opowiedział o różnicach między tymi ligami, swoich miłych wspomnieniach z Brighton, grze pod wodzą Mikela Artety w Arsenalu oraz o walce jego obecnego klubu Levante o utrzymanie.

Grałeś zarówno w Premier League, jak i LaLiga. Jak byś porównał te ligi?

Obie są niesamowicie konkurencyjne, to oczywiste. Spośród wszystkich lig, w których miałem okazję grać – a było ich kilka, czy to niestety, czy stety – zdecydowanie najtrudniejsze były LaLiga i Premier League.

Bardzo dobrze wspominam czas spędzony w Wielkiej Brytanii. W Australii i właściwie na całym świecie Premier League jest chyba najbardziej śledzoną ligą. Ma największe wsparcie finansowe, największe zainteresowanie na świecie, co widać po poziomie inwestycji i umowach telewizyjnych, jakie mają kluby, a co za tym idzie – po zasobach, z których mogą korzystać.

Tutaj, w LaLiga, również bardzo cieszę się z gry w tym sezonie w Levante. To już mój trzeci pobyt w Hiszpanii, ale pierwszy raz mam okazję regularnie występować jako podstawowy bramkarz i sprawia mi to ogromną satysfakcję.

Premier League to oczywiście wielu technicznych piłkarzy, ale jej główną cechą jest fizyczność i tempo gry. Jest bardzo szybka, nie masz dużo czasu na reakcję, a gra jest bardzo kontaktowa. Myślę, że to też zasługa sędziów, którzy pozwalają na więcej.

W innych ligach, jak na przykład w Hiszpanii, wystarczy, że ktoś krzyknie, jakby został kopnięty – nawet jeśli to tylko lekki kontakt – a sędzia od razu gwiżdże. Dlatego LaLiga nie jest aż tak fizyczna pod względem walki, choć oczywiście wciąż jest bardzo wymagająca. Wiele drużyn gra od tyłu, stawia na rozgrywanie i budowanie akcji – taki styl dominuje.

Kolejną dużą różnicą jest klimat... Każdy piłkarz, a zwłaszcza bramkarz, musi się do tego przystosować. Tutaj, w Hiszpanii, jest zdecydowanie cieplej i bardziej sucho niż w Wielkiej Brytanii, co też ma wpływ na grę.

Najdłużej grałeś w Brighton, gdzie rozegrałeś ponad 120 meczów w Premier League. Co pamiętasz z początków?

To było bardzo ekscytujące. Przychodziłem po okresie w Valencii, gdzie nie grałem regularnie. Byłem wypożyczony do Genk i myślałem, że mam długi kontrakt w Valencii, więc pojadę do Genk, złapię rytm meczowy, a potem wrócę do Valencii i tam się rozwinę. Ale nie potoczyło się to tak, jak planowałem. Pamiętam, że Brighton zgłosiło się po mnie przez mojego agenta i ostatecznie podpisałem tam kontrakt.

Oczywiście towarzyszyły temu wszystkie emocje związane z przejściem do klubu Premier League. Szybko poznałem Brighton jako klub – właśnie wybudowali nowy stadion i ośrodek treningowy, sprawdziłem to wszystko, a drużyna była świeżo po awansie. To było bardzo ekscytujące i naprawdę świetnie się tam czułem.

To był najbardziej stabilny okres w mojej karierze. Spędziłem tam najwięcej czasu w jednym klubie i wtedy myślałem nawet, że mógłbym zostać tam do końca kariery. Byłem naprawdę szczęśliwy.

Czy był taki moment, w którym poczułeś: "Tak, pasuję do tej ligi, powinienem tu grać, powinienem tu zostać"?

Tak, myślę, że to był mój ulubiony etap kariery – grać na tym poziomie, w tej lidze. Oczywiście szanuję każdą ligę, w której grałem – każda jest trudna i wymagająca – ale skala Premier League, rywalizacja z najlepszymi drużynami, piłkarzami i trenerami na świecie, gra na najbardziej kultowych stadionach – to wszystko spełniało moje marzenia.

To niesamowite uczucie, gdy osiągasz sukces na tym poziomie, czy to broniąc trudne strzały, czy wygrywając z Manchesterem United, Arsenalem, Chelsea czy Manchesterem City. Sama możliwość gry przeciwko nim była czymś wyjątkowym. Nie ma nic lepszego.

Czułem się tam bardzo pewnie, dlatego trochę szkoda, jak to się wszystko skończyło. Ale wspominam ten czas z ogromnym sentymentem – to jedne z najlepszych chwil w moim życiu, które na zawsze zostaną w mojej pamięci i z których mogę być dumny.

Tony Bloom uchodzi za jednego z najinteligentniejszych właścicieli w branży, zwłaszcza jeśli chodzi o transfery. Czy miałeś okazję rozmawiać z nim bezpośrednio?

Był na meczach, więc czasem się widywaliśmy, zamienialiśmy kilka słów, ale nie był obecny zbyt często. Gdy już rozmawialiśmy, były to miłe rozmowy.

Jako piłkarz, gdy przychodzi odejść... nigdy nie poznajesz wszystkich szczegółów, jak do tego doszło. W moim przypadku nie chodziło o żadne przewinienia czy zachowanie. Tak jak mówiłem, nie wiem, czy to była decyzja czysto sportowa, biznesowa, czy może osobista opinia Grahama Pottera albo pojawienie się innych zawodników z potencjałem na zysk... Do dziś nie znam odpowiedzi.

Starałem się po prostu dawać z siebie wszystko i przyczynić się do sukcesów klubu. W moim czasie było ich sporo – utrzymanie się w lidze, zwłaszcza w pierwszych dwóch sezonach, było dla nas jak zdobycie trofeum. To też są piękne wspomnienia. Tak jak mówiłem, chciałem zostać tam dłużej, niż ostatecznie zostałem... bo naprawdę byłem tam bardzo, bardzo szczęśliwy. Ale cóż, takie jest życie.

Mathew Ryan - liczby za sezon 2025/26 w Levante, stan na 1 maja
Mathew Ryan - liczby za sezon 2025/26 w Levante, stan na 1 majaOpta by Stats Perform / Levante UD

Kiedy trafiłeś na wypożyczenie do Arsenalu, jakie było twoje pierwsze wrażenie ze współpracy z Mikelem Artetą?

Pamiętam, jak podpisałem kontrakt. Jako dziecko kibicowałem Arsenalowi, ale gdy zacząłem grać przeciwko nim w Brighton, przestałem, bo nie mogłem kibicować innemu zespołowi niż ten, w którym gram. Ale kiedy podpisałem umowę i siedziałem na pierwszym wywiadzie w czerwonej kurtce Arsenalu, to był taki moment, w którym musiałem się uszczypnąć, żeby uwierzyć.

Poczułem wtedy nową energię, bo właśnie wyszedłem z napiętej sytuacji w Brighton i to był koniec tamtego etapu. Pierwsza rozmowa telefoniczna z (Artetą) – wiedziałem, że na początku będę rezerwowym za Berndem Leno, ale jestem ambitny, chcę grać na najwyższym poziomie i chciałem o to zapytać. Powiedział: 'Nie mogę ci zagwarantować gry, ale w mojej dotychczasowej karierze trenerskiej zawsze dawałem szansę tym, którzy na nią zasłużyli na treningach'.

Wszedłem więc do drużyny i te zasady były widoczne w jego działaniach – w tym, jak ustawiał zespół i jak często dokonywał zmian, dostosowując skład do rywali. Pierwszą szansę dostałem, gdy Bernd Leno dostał czerwoną kartkę i zagrałem pierwszy mecz z Aston Villą na wyjeździe. Uważam, że zagrałem dobrze, mimo porażki 0:1. Potem w dwóch kolejnych meczach Bernd był już zdrowy i mógł grać, ale ja starałem się ciężko pracować i zasłużyć na miejsce w składzie, a Arteta dał mi jeszcze dwie szanse.

Mogłem zagrać nawet więcej, ale raz zachorowałem przed meczem i już potem nie wróciłem do składu. Pod koniec sezonu, gdy pojawiły się napięcia między sztabem a Berndem, powiedziano mi kilka razy: 'Gdyby chodziło tylko o sport, to byśmy cię wystawiali, ale Bernd ma jeszcze kontrakt, ty jesteś tylko na wypożyczeniu i nie chcemy robić zamieszania w szatni, bo walczymy o europejskie puchary'. Tak to się potoczyło.

"(Arteta) powiedział mi też, że spróbuje mnie wykupić po sezonie, ale latem Aaron Ramsdale stał się dostępny. A wiadomo, jak cenne jest miejsce angielskiego bramkarza, bo pozwala klubowi mieć więcej obcokrajowców w składzie. Klub poszedł więc w tym kierunku.

Jak czułeś się w szatni Arsenalu? Byłeś tam z Saką, Gabrielem, Odegaardem...

Gdy przyszedłem do klubu, wielu pracowników mówiło, że właśnie zakończyli czystkę zawodników, którzy nie do końca akceptowali wizję Mikela. W tamtym oknie transferowym odszedł Ozil, Kolasinac, a chyba także Mustafi. Nie mówię tego pod ich adresem, po prostu takie były rozmowy i plotki w klubie. Atmosfera wydawała się odświeżona, panował bardzo ciepły klimat.

Czasem słyszy się o wielkich klubach, że trudno tam o dobrą atmosferę. Że są silne osobowości, ale szczerze mówiąc, w każdym klubie, w którym byłem, wygląda to podobnie. Francuskojęzyczni trzymają się razem, Hiszpanie też, ale wszyscy dogadywali się naprawdę dobrze. Były żarty, była fajna atmosfera, bardzo przyjazne i ciepłe środowisko. Bardzo mi się to podobało.

Mat Ryan w akcji dla Arsenalu
Mat Ryan w akcji dla ArsenaluIan KINGTON / IKIMAGES / AFP / Profimedia

Arsenal walczy teraz o tytuł Premier League i wciąż gra w Lidze Mistrzów. Myślisz, że może odnieść sukces? Jeśli tak, to jak duża będzie w tym zasługa Mikela Artety?

Myślę, że Premier League to najważniejsze trofeum. Minęło już sporo czasu, bywali blisko, ale zawsze czegoś brakowało. Wielu ludzi mówi, że żeby wygrać, trzeba najpierw przegrać. I myślę, że w ostatnich sezonach Arsenal był już bardzo blisko, może nawet dwa czy trzy razy. Jestem pewny, trzeba wierzyć. Jeśli nie wierzysz, przegrywasz już na starcie. Teraz są bliżej niż kiedykolwiek, został im ostatni krok do końca sezonu.

Mikel wykonał świetną robotę – widziałem to na własne oczy i obserwuję z daleka. Sukces mówi sam za siebie. Pokazali się już w innych rozgrywkach, a jeśli na koniec sezonu sięgną po mistrzostwo Premier League, to nie będzie przypadek.

To najtrudniejsza branża na świecie. Konkurencja jest ogromna, nie ma miejsca na błędy. A nawet jeśli nie popełnisz błędu, możesz zostać ukarany. Jest tyle drużyn i zawodników walczących o te same cele. Możesz być świetnym trenerem, a i tak nigdy nic nie wygrać. Ale o wielkości decyduje to, czy potrafisz osiągnąć cel. Jestem przekonany, że gdy tylko Mikel zdobędzie to pierwsze trofeum, pójdą za tym kolejne.

Przechodzisz teraz trudny sezon w Levante, które znajduje się na dole tabeli. Co musicie zrobić, by utrzymać się w LaLiga?

Tak, jesteśmy w dolnych rejonach tabeli. Musimy znaleźć jeszcze dwa zespoły, które zostaną za nami. Perspektywa to kwestia indywidualna. Oczywiście nie jesteśmy zadowoleni z naszej pozycji i chcielibyśmy cały sezon spędzić poza strefą spadkową, ale w rzeczywistości jedno zwycięstwo – w zależności od innych wyników – może nas z niej wyciągnąć.

Jeśli się utrzymamy, to będzie fantastyczny sezon. Takie są realia klubu, który dopiero co awansował. Levante ma swoje wyzwania – brak inwestycji i inne trudności... Awans z drugiej ligi i walka o utrzymanie w pierwszej to chyba najtrudniejsze zadanie dla klubu piłkarskiego. Teraz jesteśmy w sytuacji, w której mamy szansę się utrzymać i osiągnąć cel. Ciężko na to pracujemy.

Mat Ryan broni strzał przeciwko Realowi Sociedad
Mat Ryan broni strzał przeciwko Realowi SociedadČTK / imago sportfotodienst / Mickael Ducint

Ostatnio jesteście w dobrej formie. Trzy kolejne czyste konta mówią same za siebie. Czy zauważasz inną atmosferę w szatni dzięki temu?

Oczywiście, gdy przychodzą lepsze wyniki, atmosfera się poprawia, ale ogromną częścią sukcesu jest to, jak jako jednostka lub drużyna radzisz sobie z przeciwnościami i wyzwaniami.

Wierzę w to, co robię na co dzień – że mogę być najlepszą wersją siebie i pomóc drużynie osiągać sukcesy na najwyższym poziomie. Jeśli się nie uda, mam spokój ducha, bo wiem, że zrobiłem wszystko, by zagrać jak najlepiej...

Stawiam sobie i drużynie ambitne cele, bo nie chcę się ograniczać. Coś jest niemożliwe tylko do momentu, aż stanie się możliwe. W to wierzę i nie chcę odbierać sobie ani zespołowi szans.

Jeśli coś się nie uda, nie rozpamiętuję tego, nie podchodzę do tego emocjonalnie. Patrzę w lustro i wiem, że zrobiłem wszystko, by zagrać jak najlepiej, mieć dobry sezon czy mecz – i mogę z tym żyć. Oczywiście nie znaczy to, że podoba mi się wynik, ale staram się wyciągnąć wnioski i być jeszcze lepszy w kolejnym meczu czy sezonie...

Życie i kariera bez żalu – to daje mi spokój i pozwala cieszyć się innymi aspektami życia.