Jagiellonia Białystok - Górnik Zabrze (1:3)
Ostatni mecz soboty Jagiellonia rozpoczynała bez trenera na ławce i Norberta Wojtuszka w obronie. Kibice nie mogli być pewni formy zespołu po turbulencjach przerwy reprezentacyjnej i faktycznie – to Górnik pierwszy oddał celny strzał za sprawą Maksyma Chłania w 17. minucie.
Sławomir Abramowicz nie miał z tym problemu, a stopniowo Jaga zaczęła przeważać. Dopiero po 25 minutach udało się jednak postraszyć Schulze, gdy Kobayashi długim przerzutem znalazł Jesusa Imaza, a Hiszpan uderzył z pierwszej. Golkiper wybił i lepszej okazji do przerwy miejscowi nie mieli. Z kolei Abramowicz błysnął czujnością, gdy Bernardo z paru metrów strzelał w 40. minucie
Spotkanie zaczęło się nieco jak szachy, ale stopniowo nabierało rumieńców i doszło nawet do sporej kontrowersji – Rafał Janicki sam przyznał w przerwie, że nadepnął na stopę Imaza w polu karnym, za co miejscowi domagali się jedenastki… bez efektu. Białostoczanie zostali z niedosytem po tej sytuacji, ale druga połowa przyniosła znacznie większe problemy.
Już w 51. minucie Zmrzly wrzucił piłkę z prawej strony, Ikia Dimi zgrał głową do ziemi, Sondre Liseth zastawił się i zrobił miejsce, a Jarosław Kubicki dał prowadzenie przeciwko swojemu byłemu klubowi.
Górnik wyczuł moment i podkręcali tempo przeciwko zdekoncentrowanej Jagiellonii. Paulo Bernardo w 57. minucie ostro uderzał po skosie i Abramowicz ratował zespół. Jednak już minutę później Zabrzanie mieli drugie trafienie: Peter Federico dośrodkował do Janickiego, ten zgrał do Josemy. Jego wolej został zablokowany, ale Liseth zdołał dobić.
Jaga wydawała się faktycznie dobita, jednak miejscowi zareagowali nie tylko trzema zmianami personalnymi: zdołali przeprowadzić atak, który w 67. minucie przywrócił wiarę w trudnych do uwierzenia okolicznościach. Jesus Imaz uderzał prawie z linii końcowej, a mimo wszystko wsunął piłkę między słupkiem a Schulze.
Po tym trafieniu żółto-czerwone stroje coraz bardziej przypominały pszczeli rój. W 74. minucie Nik Prelec uderzył mocno i Schulze tylko wyhamował piłkę przed bramką, umożliwiając widowiskowy wślizg Imaza. Futbolówka w siatce, jednak radość została zmącona: VAR przywołał sędziego i faul w budowie ataku zniweczył wysiłek. To będzie kolejna kontrowersja wagi ciężkiej, a kolejka dopiero na półmetku.
Po przerwie z powodu zadymienia Jagiellonia kończyła spotkanie już bez nadziei na odwrócenie losów. Choć czasu doliczonego było sporo, to gospodarze po wykorzystaniu kompletu zmian stracili Prelca i musieli kończyć w osłabieniu. To pozwoliło w 90+14. minucie zadać ostatni cios gościom: Kubicki wszedł z lewej i "nastrzelił" Kacpra Urbańskiego, od nóg którego piłka wpadła do siatki.

Śląsk Wrocław - Lech Poznań (1:4)
Przy niemal wypełnionych trybunach Śląsk Wrocław w sobotę chciał nawiązać do marca 2025, gdy udało się pokonać Lecha 3:1. Początek wyglądał co najmniej solidnie, gdy Tomasiewicz już w pierwszych minutach oddał pierwsze uderzenie i zmusił Mateusza Lisa do interwencji.
Tuż po upływie kwadransa piłkę nad bramką posłał Banaszak, jednak na tym etapie gra była bardziej wyrównana. Lechitom brakowało finalizacji na ostatnich metrach boiska i gospodarze mogli to wykorzystać w 24. minucie. Wtedy Piotr Samiec-Talar wybornie znalazł górną piłkę Jehora Macenkę, a ten musiał ogromnie żałować, że nie pokonał wychodzącego Lisa.
Ten scenariusz fani Śląska znają aż za dobrze – obiecująca gra ofensywna, a później panika w obronie i problemy. Dziś spełnił się w 31. minucie, gdy Pablo Rodriguez dośrodkował z prawej, Skrzypczak przedłużył na drugą stronę pola karnego, a tam niepilnowany Filip Jagiełło miał czas przymierzyć i załadował na 1:0.
Jeszcze pod koniec pierwszej połowy WKS szukał szczęścia po wrzutce Samca-Talara z wolnego, ale prób rewanżu przyszło szukać po przerwie. Zanim udało się postraszyć Lisa, Lech potwierdził swoje prowadzenie za sprawą Pablo Rodrigueza. W 50. minucie ruszył z piłką po linii 16 metrów, przymierzył, a pechowy rykoszet od Mariusza Malca zmylił Niemczyckiego.
Po tym ciosie losy meczu wydawał się napisane – gospodarze byli wyraźnie zdeprymowani, Lech zyskał zaś na pewności w grze. Rodriguez szukał zresztą kolejnego gola w 55. minucie. Linię obrony przeciął wzorowo, jednak uderzył tuż obok słupka. Równo 10 minut później Śląsk był o włos od powrotu, bo Malaly Dembele efektownie uderzył w kierunku okienka. Joel Pereira uratował Lisa wybiciem.
Dembele miał jeszcze jedną okazję, jednak moment później było zdecydowanie po meczu. Mikael Ishak świetnie ze środka boiska dostrzegł ruch Patrika Walemarka, a ten poszedł za podaniem, ograł Malca z łatwością i podciął nad Niemczyckim w 70. minucie. Trzy minuty później ciężar prowadzenia piłki wziął na siebie Hakans, ale przed polem karnym odegrał na prawo, gdzie Walemark dobił miejscowych, mijając Malca precyzyjnym uderzeniem na 4:0.
Wydawało się, że Śląsk najchętniej zszedłby z boiska, jednak trzeba było grać do końca, w tym aż siedem doliczonych minut. W 90+3. minucie gospodarze wywalcyzli rzut rożny i w końcu coś z tego meczu mieli: świetnie przemknął do główki Tomasiewicz przy bliższym słupku i od tego właśnie słupka wbił piłkę do bramki.

Cracovia - Zagłębie Lubin (3:1)
Zachowawczy początek spotkania przy Kałuży można zapisać na konto Zagłębia, które wydawało się mieć inicjatywę. Pierwszy konkret zaprezentowali jednak miejscowi, gdy Vincent Burlet prawie z linii końcowej jakimś cudem ustrzelił dalszy słupek bramki gości. Choć było w tym sporo przypadku, jego próba wyraźnie ożywiła Cracovię, zmieniając dynamikę gry.
Budowa ataków przy cofającym się szybko Zagłębiu nie była łatwa, a do otwarcia wyniku doszło ostatecznie dopiero po drugiej stronie boiska. Na półmetku pierwszej połowy goście otrzymali wrzut z autu, po którym próba przewrotki Marcela Reguły skończyła się jego bolesnym upadkiem. Piłka trafiła jednak do Aleksa Ławniczaka pół metra dalej, a ten załadował siłowo futbolówkę z granicy pola bramkowego.
Sytuacja gospodarzy mogła być jeszcze gorsza w 33. minucie. Colina świetnie dograł przed pole karne do niekrytego Kocaby, ale ten podpalił się i skierował piłkę w trybuny. Nieco boksujący w miejscu Krakowianie dostali z trybun polecenie lepszej gry i wyszli z takim nastawieniem na drugą połowę. Już w 49. minucie rozpoczęła się długa analiza ręki Ławniczaka w polu karnym i w 54. minucie Ajdin Hasić perfekcyjnie zmylił Alomerovicia, choć sama decyzja na pewno wywoła dyskusje.
Zmobilizowana Cracovia mogła objąć prowadzenie w 67. minucie za sprawą niesamowitej rakiety Mateusza Klicha. Z ponad 20 metrów posłał strzał wznoszący się aż do poprzeczki, na której się zatrzymał. Gra była daleka od płynnej, a dodatkowo parokrotnie wstrzymało ją zadymienie.
Po długiej przerwie bliski ponownego prowadzenia był Reguła, zatrzymany w 88. minucie przed Madejskiego. Z kolei na starcie doliczonego czasu Hasić i Minczew byli blokowani. Ostatecznie decydujący znów okazał się VAR, który w 90+7. minucie przyznał drugą jedenastkę Pasom, znów w kontrowersyjnych okolicznościach. Hasić przełamał rękę Alomerovicia, a nerwowe strzały Kerka i Łyczki mijały oba słupki, a po desperackiej próbie Reguły - już w 90+18. minucie - ruszyła kontra Cracovii, w której Mohamed Berte dobił rywali.

