Cracovia - Legia Warszawa (1:1)
Legia Warszawa, która jest obecnie w świetnej formie, przyjechała do Krakowa z zamiarem przedłużenia swojego imponującego startu w sezonie. Gospodarze chcieli natomiast rozpocząć swoją serię po ostatniej wygranej z Zagłębiem Lubin.
Obie drużyny rozpoczęły spotkanie odważnie, choć początkowo brakowało klarownych okazji i tym samym strzałów. W końcu w swoje ręce sprawy wziął Michal Sevcik, który odebrał podanie od Pawła Wszołka, następnie pobiegł w okolice pola karnego i uderzył tuż obok słupka, otwierając wynik starcia. W tej sytuacji z pewnością lepszą interwencją mógł wykazać się Sebastian Madejski.
Podopieczni Marka Papszuna chcieli pójść za ciosem, ale kolejne próby pokonania bramkarza były blokowane lub niecelne. Dodatkowo na murawie zaczęło robić się nerwowo, a za starcie żółte kartki zobaczyli Wszołek i Vincent Burlet.
Dość niespodziewanie tuż przed przerwą do wyrównania doprowadzili zawodnicy "Pasów". Lasse Nordas z łatwością minął kilku rywali, a następnie również strzałem sprzed pola karnego przywrócił równowagę.
W drugiej odsłonie po obu stronach boiska znów dominował brak skuteczności. Obaj trenerzy próbowali pomóc swoim drużynom wprowadzając na murawę rezerwowych, a blisko zdobycia bramki był Bohdan Viunnyk. Piłka po jego strzale odbiła się jeszcze od Rafała Adamskiego, jednak ostatecznie refleksem wykazał się Madejski. Po chwili doskonałą obroną po strzale Ajdina Hasicia popisał się także Otto Hindrich.
W końcówce znów błysnął bramkarz Cracovii, który w znakomitym stylu zapobiegł stracie bramki po mocnym strzale Damiana Szymańskiego. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem, z którego z pewnością bardziej zadowoleni są gospodarze. Legia nie wykorzystała szansy, by dogonić Górnika Zabrze, który jako lider tabeli może powiększyć przewagę w niedzielnym starciu z Piastem Gliwice.

Warto dodać, piłkarze Cracovii wystąpili w wyjątkowych błękitnych koszulkach dedykowanych Janowi Pawłowi II, który od młodości kibicował klubowi. Okazją były piątkowe obchody Dnia Papieża Jana Pawła II.
GKS Katowice - Pogoń Szczecin (0:1)
Gospodarze od pierwszych minut starali się przejąć inicjatywę i to oni jako pierwsi stworzyli groźną sytuację. W 7. minucie Marcel Wędrychowski dośrodkował w pole karne, a Borja Galan oddał techniczny strzał po ziemi. Valentin Cojocaru popisał się jednak dobrą interwencją i uchronił Pogoń przed utratą bramki.
Kilka minut później ponownie zrobiło się niebezpiecznie pod bramką szczecinian. Tym razem próbował Kacper Łukasiak, ale rumuński golkiper znów stanął na wysokości zadania. GKS wyglądał na zespół lepiej zorganizowany w ofensywie, podczas gdy goście mieli problemy z utrzymaniem się przy piłce i konstruowaniem akcji.
Z czasem Pogoń zaczęła jednak odzyskiwać kontrolę nad spotkaniem. W 23. minucie Paul Mukairu uderzył głową po dośrodkowaniu Darko Curlinova, lecz piłka minęła bramkę. Chwilę później dwukrotnie próbował Jordi Sanchez, ale również nie zdołał pokonać Gabriela Kobylaka.
Mimo kilku obiecujących akcji pierwsza połowa nie przyniosła wielu emocji. Oba zespoły miały problemy z dokładnością w decydujących momentach, a większość ofensywnych prób kończyła się jeszcze przed oddaniem groźnego strzału. W końcówce GKS domagał się rzutu karnego, jednak po analizie VAR sędzia Szymon Marciniak nie dopatrzył się przewinienia. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy remis.
Sanchez wykorzystał świetne podanie i dał Pogoni prowadzenie
Druga połowa rozpoczęła się znacznie ciekawiej. Już w 47. minucie piłka znalazła się w bramce GKS-u, ale radość szczecinian szybko przerwał gwizdek arbitra. Gol nie został uznany z powodu spalonego.
Pogoń nie zamierzała jednak zwalniać tempa i zaledwie cztery minuty później dopięła swego. W 51. minucie Attila Szalai popisał się znakomitym podaniem do Jordiego Sancheza, który ruszył w kierunku bramki, uwolnił się spod opieki obrońcy i w sytuacji sam na sam pokonał Kobylaka. Najskuteczniejszy zawodnik Ekstraklasy po raz kolejny potwierdził swoją skuteczność, wyprowadzając Portowców na prowadzenie 1:0.
Stracony gol zmusił GKS do bardziej zdecydowanych ataków. Gospodarze zaczęli coraz częściej gościć pod polem karnym Pogoni, a w 60. minucie Marcel Wędrychowski zdecydował się na uderzenie z dystansu. Cojocaru nie miał jednak większych problemów z obroną.
Katowiczanie przez dłuższy czas utrzymywali się na połowie przeciwnika, lecz nie potrafili stworzyć naprawdę dogodnej sytuacji. Defensywa Pogoni skutecznie odpierała kolejne ataki, a szczecinianie szukali okazji do kontrataków.
GKS naciskał, Pogoń utrzymała zwycięstwo
W ostatnich dwudziestu minutach trener Rafał Górak zdecydował się na ofensywne zmiany. Na boisku pojawili się między innymi Erik Jirka, Mateusz Wdowiak i Adam Zrelak, którzy mieli pomóc w odrobieniu strat.
Pogoń również dokonała roszad, a w 72. minucie na murawie zameldował się Kamil Grosicki. Doświadczony skrzydłowy szybko włączył się do ofensywnych akcji gości i dwukrotnie próbował zagrozić bramce GKS-u, jednak zabrakło mu skutecznego wykończenia lub dokładnego ostatniego podania.
Wraz z upływem czasu gospodarze coraz mocniej angażowali się w ataki, co otwierało Pogoni przestrzeń do kontr. Jedną z takich okazji miał Paul Mukairu, który przeprowadził indywidualny rajd, ale nie zdołał go zakończyć skutecznym strzałem.
W końcówce GKS próbował jeszcze zagrozić rywalom dośrodkowaniami, jednak obrońcy Portowców skutecznie radzili sobie z kolejnymi piłkami kierowanymi w pole karne. Ostatecznie Pogoń Szczecin pokonała GKS Katowice 1:0 i dzięki solidnej grze w defensywie utrzymała prowadzenie do końcowego gwizdka.

Motor Lublin - Śląsk Wrocław (3:2)
Motor od pierwszych minut starał się narzucić własne warunki i częściej utrzymywał się przy piłce. Już w 7. minucie Czubak otrzymał dobre podanie i zdecydował się na szybki strzał, ale Niemczycki nie dał się zaskoczyć. Śląsk miał początkowo problemy z pressingiem gospodarzy, jednak to wrocławianie jako pierwsi znaleźli drogę do bramki.
W 11. minucie goście wykorzystali błąd Tratnika, którego zmusili do pomyłki wysokim pressingiem. Następnie sprawnie rozegrali akcję w polu karnym. Marjanac zagrał piętą, Samiec-Talar uprzedził wychodzącego bramkarza, a Przemysław Banaszak skierował piłkę do siatki. Lukoszek próbował jeszcze ratować sytuację na linii bramkowej, ale nie zdołał zapobiec utracie gola.
Motor szybko ruszył do odrabiania strat. Po indywidualnej akcji N'Diaye i jego dośrodkowaniu Czubak oddał groźny strzał głową, jednak Niemczycki popisał się znakomitą interwencją. Bramkarz Śląska chwilę później ponownie zatrzymał napastnika gospodarzy, utrzymując prowadzenie swojej drużyny.
Lublinianie wyraźnie przeważali, lecz nie potrafili zamienić kolejnych okazji na bramkę. Próbowali między innymi Luberecki i Bartos, ale ich uderzenia były niecelne. Śląsk ograniczał się głównie do defensywy i sporadycznych kontrataków, dzięki czemu do przerwy utrzymał prowadzenie 1:0.
Niewykorzystany karny i błyskawiczna odpowiedź Śląska
Druga połowa rozpoczęła się od kontrowersyjnej sytuacji w polu karnym gości. W 47. minucie Aiko przewrócił się po kontakcie z Llinares, a sędzia początkowo nakazał kontynuowanie gry. Po analizie VAR zmienił jednak decyzję i podyktował jedenastkę dla Motoru.
Do piłki podszedł Czubak, ale Niemczycki wyczuł jego intencje i obronił strzał nogami. Była to kolejna znakomita interwencja bramkarza Śląska, który przez długi czas pozostawał największą przeszkodą dla gospodarzy.
Motor nie zamierzał jednak rezygnować. Gospodarze praktycznie nie opuszczali połowy przeciwnika, a w 61. minucie wreszcie doprowadzili do wyrównania. Bourhane podał do Makana Aiko, który wykorzystał pozostawioną mu przestrzeń w polu karnym i mimo ostrego kąta precyzyjnie uderzył przy dalszym słupku.
Radość lublinian nie trwała długo. Zaledwie pięć minut później Malaly Dembele wykorzystał sytuację sam na sam z Tratnikiem. Sędzia asystent zasygnalizował jednak spalonego i początkowo gol nie został uznany. Dopiero po długiej analizie VAR okazało się, że zawodnik Śląska znajdował się na prawidłowej pozycji. W 69. minucie bramka została ostatecznie zaliczona, a wrocławianie ponownie prowadzili.
Szalona końcówka w Lublinie. Motor wyrwał zwycięstwo
Motor po raz drugi musiał odrabiać straty i ponownie zepchnął rywali do głębokiej defensywy. W 77. minucie gospodarze wywalczyli rzut rożny, po którym Bartos oddał strzał. Niemczycki instynktownie odbił piłkę, ale przy dobitce Christophera Simona nie miał już szans. Trafienie zostało jeszcze sprawdzone pod kątem spalonego, lecz ostatecznie arbiter wskazał na środek boiska.
Przy stanie 2:2 gospodarze nadal szukali zwycięskiego gola. W 80. minucie Simon potężnie uderzył z dystansu, ale Niemczycki ponownie popisał się świetną interwencją. Wszystko wskazywało na to, że mimo ogromnej przewagi Motor będzie musiał zadowolić się remisem.
W końcówce doszło jednak do kolejnego zwrotu akcji. Po starciu Llinaresa z N'Diaye w polu karnym Śląska sędzia został wezwany do monitora VAR. Po obejrzeniu powtórek podyktował drugi rzut karny dla gospodarzy.
Tym razem odpowiedzialność wziął na siebie Bourhane. W drugiej minucie doliczonego czasu gry uderzył mocno, a choć Niemczycki zdołał dosięgnąć piłki rękami, nie był w stanie jej zatrzymać. Ostatecznie Motor Lublin pokonał Śląsk Wrocław 3:2 po meczu pełnym zwrotów akcji. Gospodarze dwukrotnie odrabiali straty, nie wykorzystali rzutu karnego, ale dzięki trafieniu w doliczonym czasie gry wywalczyli komplet punktów.

