GKS Katowice - Radomiak Radom (3:1)
Piłkarze GieKSy wydawali się nie czuć w nogach czwartkowej walki z Żyliną i ruszyli od pierwszych minut bardzo agresywnie na połowę Radomiaka. Goście nie mieli nic do powiedzenia w pierwszych 25 minutach, próbując tylko odpierać GKS. W 7. minucie Pau Resta głową testował Majchrowicza jako pierwszy, kilka minut później Markovicia też zatrzymał golkiper, a w 15. minucie Majchrowicz aż upadł przy obronie stopą szybko opadającego strzału Jirki z 25 metrów.
Chwilami posiadanie piłki przekraczało 70 proc. na korzyść gospodarzy, jednak goście przetrwali ten etap meczu. W 27. minucie Luquinhas oddał pierwszy strzał (blokowany pechowo przez kolegę), sekundy później drugi poszybował nad bramką. Następnie Grzesik przegrał walkę sam na sam z wychodzącym Kobylakiem – wszystko to w niecałe dwie minuty.
Zieloni – choć dziś fioletowi – nie ustawali i w 37. minucie zostali nagrodzeni. Resta nie zdołał wybiciem oddalić piłki od bramki, posłał ją pod nogę Ibrahimy Camary, a ten załadował mocno. Miał szczęście, piłka wcisnęła się nad wślizgiem Wdowiaka, a pod Kobylakiem. I nie musiał to być jedyny gol Radomiaka do przerwy, bo w 44. minucie Grzesik uderzał głową tuż nad poprzeczką.
GieKSa na półmetku musiała się pozbierać: z pełnej kontroli przeszli do straty gola. Mogło być jeszcze gorzej po 10 minutach drugiej części gry, bowiem Jan Grzesik pokonał Kobylaka, tyle że czuł ofsajd i nawet się nie cieszył. Za to minutę później cieszyli się miejscowi: Nowak wbijał piłkę z rożnego, Jędrych trącił ją głową i od biodra Tapsoby wpadła do bramki.
Radomiak od początku drugiej części wyglądał mniej przekonująco, a po stracie gola organizacja gry przychodziła jeszcze trudniej. Cena przyszła w 66. minucie, gdy Borja Galan pognał do końca boiska, wrzucił piłkę z prawej, Tapsoba zamiast wybić zgrał ją przed bramkę, a tam Illa Szkuryn podbił klatką piersiową i huknął z bliska do siatki.
Finałowe minuty zamiast piłkarskich emocji zaczęły przypominać którąś z federacji MMA – nerwy owocowały faulami, po których P. Gryckiewicz pokazał siedem żółtych kartek. Kontrola po stronie gospodarzy nie podlegała jednak dyskusji, a gdy Elves Balde posłał w doliczonym czasie strzał rozpaczy z 30 metrów, piłka od Kobylaka jak po sznurku dotarła do Nowaka przed bramką, a gwiazda GieKSy huknęła pod poprzeczkę, pieczętując zwycięstwo.

Śląsk Wrocław - Raków Częstochowa (2:1)
Goszcząc Raków w swojej twierdzy, Wrocławianie od pierwszych minut starali się utrzymywać inicjatywę i dyktować tempo. Dynamika mogła się podobać, jednak szybko zgasił ją dym z pirotechniki, która wymusiła przerwanie pierwszej połowy aż dwukrotnie.
Z zadymienia zaczął wyłaniać się nieco zmieniony obraz gry, w której „Medaliki” dochodziły do głosu. W 15. minucie wrzutka Ameyawa znalazła głowę Emrelego, jednak ten nie uderzył celnie i piłka wyszła przy słupku. Ten sam piłkarz strzelał w końcu celnie w 27. minucie, Niemczycki wybijał, a dobitkę Ameyawa zablokował Rosiak.
Sekundy później przypomniał o sobie Piotr Samiec-Talar. Wygrał pozycję z Jeanem Carlosem i przez moment był sam na sam, ale uderzył wprost w rękawice Trelowskiego. Fragment z szybkimi atakami pod każdą z bramek przyniósł jeszcze efektowny sprint Pieńki z piłką, który jednak uderzył obok bramki Śląska.
To właśnie Raków dominował w ostatnich minutach przed przerwą. Emreli huknął z dystansu tuż nad spojeniem w 40. minucie, a w doliczonym czasie Patryk Makuch ofiarnym szczupakiem doszedł do strzału głową tuż przed bramką. Niestety, wprowadził ją w tak mocny kozioł, że wyszła nad bramką.
Trener Kroczek wprowadził Molnara za Pieńkę od 46. minuty, a Raków wrócił do rywalizacji z apetytem na otwarcie wyniku. Cel udało się zrealizować tuż przed upływem godziny, w nieoczekiwanych okolicznościach. Piłka ze środka boiska od Jeana Carlosa minęła wszystkich i dotarła do Mahira Emrelego. Ostatni przed bramką Christodoulou zbyt łatwo go odpuścił i Azer bezlitośnie minął Niemczyckiego i wpakował piłkę do pustej bramki.
Choć musieli gonić wynik, piłkarze Śląska pozostawali bez groźnej sytuacji w drugiej połowie. Co gorsza, zostawiali coraz więcej miejsca Rakowowi, którego piłkarze wymuszali na obrońcach ryzykowne interwencje. Dopiero w 86. minucie Samiec-Talar uderzał, zablokowany przez Racovitana. Sam gola nie strzelił, ale to jego wrzutka sekundy później otworzyła drogę do bramki.
Papis Malaly Dembele trącił otrzymaną od kapitana piłkę, Trelowski musiał desperacko wybijać, czym umożliwił Luce Marjanacowi dobitkę na 1:1. To nie był koniec emocji, bowiem w 89. minucie Samiec-Talar z dystansu testował Trelowskiego. Gdy kolejne wybicie bramkarza oddało piłkę Wrocławianom, ci rozegrali ją modelowo. Mokrzycki na 10. metrze znalazł Samca-Talara i ten zwieńczył swój setny mecz w Ekstraklasie golem z 10 metrów w 90. minucie! Tym razem Trelowski nawet nie drgnął, a Śląsk zwyciężył z Rakowem.

Legia Warszawa - Zagłębie Lubin (3:1)
Pierwszy niedzielny mecz rozpoczął się z niewielkim opóźnieniem i po efektownym upamiętnieniu rocznicy Powstania Warszawskiego to Zagłębie wyprowadziło pierwszy cios przy Łazienkowskiej. W 4. minucie Sebastian Kerk wykonywał rzut rożny, a piłka strącona głową przez Ławniczaka spadła wprost przed czujnego Filipa Kocabę, który z główki wepchnął ją do siatki.
Wojskowi musieli zareagować, jednak długo nie byli w stanie uzyskać nic ponad przewagę w posiadaniu piłki. Dopiero po kwadransie zrobiło się gorąco. Po rzucie rożnym Damian Szymański mocno uderzał na bramkę, a Burić wybijał niepewnie. Po 20 minutach efektownie obrócił się i uderzał Kapustka, jeszcze niecelnie. Po nim piłkę w koszyczku umieścił Vinagre, ale wreszcie przyszła 25. minuta: długie dośrodkowanie od Wszołka znalazło Zjawińskiego, a jego świetna główka ugrzęzła w siatce.
Legia nie redukowała biegu i w 31. minucie stadion głośno zareagował, gdy torpeda Kapustki z dystansu tylko obiła słupek. Jeszcze głośniej było minutę później, bowiem Vinagre z rożnego wstrzelił piłkę w gąszcz pomarańczowych koszulek. Wyrósł z niego wielki Mileta Rajović i pokonał Buricia. Ale pech go nie opuszcza – błąd Deziela sprawił, że VAR anulował trafienie.
Zagłębie nie zdołało oddać kolejnego celnego strzału od zdobytej bramki i dopiero 10 minut po wznowieniu gry Miedziowi byli o włos od gola. Wprowadzony w przerwie Szymczak wypuścił Marcela Regułę samego na Deziela i młodzieżowiec huknął w poprzeczkę, szukając uderzenia poza zasięgiem Hindricha. To był dobry moment Zagłębia, rzut rożny chwilę później skończył się piłką mijającą słupek. W ten właśnie słupek uderzył zresztą Michał Nalepa w 66. minucie, gdy piętą zmylił rywali.
Bez gola ostatecznie zszedł z boiska Rajović, choć pokazał się jeszcze strzałem z dystansu po przerwie, zgaszonym z trudem przez Buricia. Bośniacki weteran popisał się za to przy uderzeniu Jakuba Żewłakowa w 70. minucie. Musiał skapitulować w 72. minucie: Vinagre zgarnął piłkę po wybiciu i załadował z dystansu, z pomocą rykoszetu.
Nawet trzy kolejne zmiany Leszka Ojrzyńskiego nie zmieniły biegu wydarzeń, Legia spokojnie kontrolowała grę i to jej zmiennicy okazali się skuteczniejsi. W doliczonym czasie Wahan Biczachczjan poszedł do końca z piłką i dograł wzdłuż linii do Adamskiego, który trącił piłkę za linię bramkową, zamykając mecz wynikiem 3:1.

