Chodzi o firmę Sky Bet, która na Wyspach depcze po piętach największym graczom. Najprawdopodobniej wykorzystała tę sytuację, by zwrócić na siebie uwagę nietypowym posunięciem. Oznacza to, że wypłaciła pieniądze zarówno za styczniowy triumf Senegalu, jak i obecny sukces Maroka. Tym samym uznała dwóch różnych zwycięzców tej samej imprezy.
Nie chodzi tu o wielkie sumy, raczej o efektowny gest, który pozostaje odosobniony. Dzięki walkowerowi 3:0 uznała nawet zakłady z handicapem za wygrane. Większość bukmacherów czeka jednak na rozwój sytuacji i na to, jak zakończy się odwołanie Senegalu. Na razie uznają go za prawowitego zwycięzcę.
Inne firmy od razu wykluczają takie możliwości w swoich regulaminach. "Po upływie 24 godzin od rozstrzygnięcia wydarzenia, zmiany wyników nie będą brane pod uwagę przy ogłoszeniu oficjalnego rezultatu" - czytamy na przykład w zasadach Tipsportu, gdzie o wygraną zgłosiło się kilku graczy.
Początkowo mistrzostwo zdobył Senegal, który pokonał gospodarzy 1:0 po dogrywce. Jednak według komisji odwoławczej jego zawodnicy złamali regulamin, gdy w końcówce regulaminowego czasu gry zeszli z boiska w proteście przeciwko podyktowanemu rzutowi karnemu dla Maroka i wrócili na murawę po ponad kwadransie. Brahim Diaz po długiej przerwie nie wykorzystał rzutu karnego, a ostatecznie z wygranej cieszył się rywal.
Senegalski rząd domaga się międzynarodowego śledztwa w sprawie możliwej korupcji w organach CAF. O tym, że nie zamierza łatwo się poddać, świadczy także krótkie nagranie z niedawnej wizyty selekcjonera reprezentacji Pape Thiawa na jednej z baz wojskowych.
Choć cała akcja miała miejsce tuż po styczniowym triumfie, wideo obecnie krąży w internecie z komentarzem, że trofeum zostało tam przewiezione dla bezpieczeństwa i pilnowane przez żołnierzy. To dość jasny sygnał. Historia tego turnieju jeszcze długo się nie zakończy…
