Niepokonani pod wodzą nowego trenera, piłkarze Chelsea w sobotni wieczór mieli jasne zadanie: obić West Ham i ścigać uciekającą pierwszą trójkę tabeli. Z perspektywy gości każdy punkt wydawał się cenny w walce o utrzymanie, ale po trzech zwycięstwach z rzędu mieli apetyt na więcej.
Sprawdź szczegóły meczu Chelsea – West Ham

Dwa ciosy i Chelsea na linach do przerwy
Kto myślał, że derby będą dla The Blues formalnością, szybko musiał zweryfikować swoją ocenę. Goście wyszli zmotywowani, szybcy, a do tego sprzyjało im szczęście. Dzięki temu z pozoru niegroźny atak prawą stroną po sześciu minutach dał prowadzenie. Wydawało się, że Jarrod Bowen będzie wrzucał przed bramkę piłkę z flanki, tymczasem on wkręcił "centrostrzał" pod dalszym słupkiem zaskoczonego Roberta Sancheza.
To była już druga próba gości, tymczasem Chelsea przez całą pierwszą połowę tylko raz była w stanie sprawdzić formę Alphonse’a Areoli. W 19. minucie Cole Palmer szukał górnego rogu, a znalazł tylko rękawice golkipera WHU. The Blues wyglądali wyjątkowo nieporadnie w porównaniu do otwarcia Roseniora, tymczasem "Młoty" nie miały dość.
W 36. minucie ponownie akcja przyjezdnych szła prawą stroną, Bowen dograł do Wana-Bissaki, a ten wycofał na środek, wykładając piłkę jak na tacy wbiegającemu Summerville’owi, który huknął poza zasięgiem Sancheza. I mogło być jeszcze gorzej, ponieważ po wejściu w czas doliczony pierwszej odsłony obrona gospodarzy z wielkim trudem wybijała piłkę sprzed bramki. Przy zejściu do szatni Chelsea była żegnana gwizdami.
Trzeba umieść tak się podnieść!
Przez całą pierwszą połowę Garnacho wyglądał, jakby myślami został w szatni, a po wznowieniu gry faktycznie został – Rosenior reagował aż trzema zmianami. Biorąc pod uwagę kontuzję jeszcze w pierwszej części odniósł Jamie Gittens, Chelsea mogła w ostatnich 45 minutach zmienić już tylko jednego piłkarza.
Tymczasem nie zmienił się obraz meczu: Mateus Fernandes błyskawicznie doszedł do pierwszego mocnego uderzenia. Zanim Chelsea się ogarnęła, przyjezdni oddali już trzy uderzenia. Jednak pierwsze trafienie drugiej połowy należało do miejscowych. W 57. minucie Wesley Fofana sprytnie posłał górną piłkę pod dalszy słupek, a tam Joao Pedro strącił ją na środek bramki, gdy Areola próbował zastawić słupek.
Tak zaczął się imponujący moment Chelsea, w którym pole karne WHU było regularnie ostrzeliwane. W 64. minucie Moises Caicedo posłał efektowny strzał pod poprzeczkę, wytrącony ledwo poza światło bramki przez Areolę.
Taty Castellanos zdążył zwieńczyć kontrę niecelnym uderzeniem zanim gospodarze zadali drugi cios. W 70. minucie wrzutka z prawej strony spotkała się z głową Liama Delapa. Tylko poprzeczka! Na szczęście szczupakiem nurkował już Marc Cucurella, który dobił piłkę do siatki ku uciesze tłumu. Dwóch zmienników miało już po golu.
Goście najpierw musieli stanąć mocniej na nogach i zatrzymać ofensywną falę Chelsea, ale w 85. minucie mieli piłkę meczową w grze. Po dograniu Soucka Jean-Clair Todibo mógł z metra dobić piłkę przy bliższym słupku, a trafił tylko w obramowanie. Swoje podejście miał też w 90. minucie Cole Palmer, ofiarnie zablokowany. Ostatnie słowo należało do kogo innego: w doliczonym czasie Caicedo wpuścił Joao Pedro w pole karne, ten wycofał, a Enzo Fernandez idealnie zmieścił piłkę obok zgiętego Areoli w 90+2. minucie.
Dobić gości mógł jeszcze Palmer (przestrzelił), zanim doszło do przepychanek między obiema drużynami w narożniku boiska i posypały się kartki, w tym czerwona dla Todibo. Gdy wybrzmiał ostatni gwizdek, Liam Rosenior mógł świętować piątą wygraną z Chelsea, z czego trzecią ligową.

