"Kolejorz" wykorzystał potknięcia najgroźniejszych rywali - Zagłębia Lubin oraz Jagiellonii Białystok - i po wygraniu z beniaminkiem z Niecieczy został samodzielnym liderem.
"W końcu jesteśmy na miejscu, na którym, naszym zdaniem, powinniśmy być. Postaramy się nie oddać już tej pozycji, ale wiemy, że czeka nas ciężka walka. Uważam, że nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte" – podkreślił szkoleniowiec Lecha.
Duńczyk nie krył satysfakcji z niedzielnego zwycięstwa. Jak zaznaczył, przez 75 minut jego zespół zaprezentował solidny występ.
"Zanotowaliśmy w lidze sześć zwycięstw w siedmiu ostatnich meczach. Nie wiem, czy któryś inny klub tego dokonał w tym sezonie. Było 15 minut z naszej strony, gdzie zaczęły nam się nogi trząść, pojawiło się nieco nerwowości. Czerwona kartka, którą otrzymał piłkarz rywali też nam pomogła. Natomiast przez 75 minut posiadaliśmy pełną kontrolę nad meczem, a pierwsza połowa był wręcz ekstremalnie dobra w naszym wykonaniu" – zaznaczył.
Frederiksen przyznał, że jego zespół w minionym tygodniu rozegrał trzy spotkania o różnej wadze i wywiązał się z zadania. Tydzień temu lechici wygrali w Lubinie 1:0, w czwartek w Krakowie pokonali w Lidze Konferencji Szachtara Donieck 2:1 oraz zwyciężyli Bruk-Bet Termalicę 4:1.
"Poradziliśmy sobie w tych meczach nie tylko fizycznie, ale także pod kątem mentalnym. Najpierw wygraliśmy na boisku lidera, gdzie musieliśmy mocno powalczyć o wynik. Z Szachtarem musieliśmy grać mądrze taktycznie i choć w dwumeczu przegraliśmy, to zwycięstwo w Krakowie dodało mojej drużynie pewności siebie. Dzisiaj mieliśmy wziąć odpowiedzialność za grę, za kreowanie sytuacji. Mam poczucie, że zdaliśmy te wszystkie trzy egzaminy" – podsumował Duńczyk.
Trener gości Marcin Brosz nie krył rozczarowania postawą swojej drużyny. Miał sporo uwag co do zaangażowania i poświęcenia zawodników.
"Pod każdym względem zespół gospodarzy był lepszy od nas od pierwszej do ostatniej minuty i wygrał zasłużenie. Natomiast, żeby coś uzyskać, trzeba najpierw coś stworzyć. To jest to, czego oczekuję od siebie i od swojego zespołu. A w pierwszej połowie meczu tego nie było. Trzeba podejmować rękawicę, próbować, starać się, walczyć. Nie tylko umiejętności, ale zaangażowanie i poświęcenie muszą nas cechować. A mi tego brakowało" - tłumaczył.
Szkoleniowiec ostatniej drużyny w tabeli przyznał, że pewne przebudzenie zespołu pojawiło się w drugiej części spotkania, ale to okazało się niewystarczające.
"Drugą połowę przede wszystkim lepiej zaczęliśmy, potrafiliśmy wymienić trzy, cztery podania, wygrywać pojedynki w bocznych sektorach, „czytaliśmy” zawodników z Poznania. Uważam, że piłka to wygrywanie pojedynków jeden na jeden w każdym sektorze boiska, bo wówczas robisz przewagę. Zdobyta przez nas bramka była konsekwencją tego, jak pracowaliśmy. Ten drugi gol (nieuznany przez sędziego - PAP) mógłby dodać nam euforii. To byłby sygnał, że potrafimy. Musimy natomiast więcej wymagać od siebie" - podkreślił.
